Pożegnanie z miastem

Rzeczywiście, wietrzysko nieznośne.

Chyba dziś nawet bruk będzie tańczył.

Chodź, schowamy się na pierwszym niższym -

Do dziś nie wiem, czy piętro, czy parter...


Kot jak strzała wyskoczył spod auta.

Znika w swojej – mojej piwnicy.

Rudy płomyk, jak ciągła ucieczka,

Ten nasz kot, co się z nikim nie liczy.


Zapodziała się noc w moim mieście,

Że pół dnia trzeba będzie jej szukać.

Mówisz, żeby się bardzo nie martwić,

Bo wieczorem znowu zapuka.


W oknach bloków, jak w krzywych zwierciadłach

Nasze oczy wśród innych tysiąca.

Prędzej dziurę w ścianie wypatrzysz,

Niż zrozumiesz te okna do końca.


Ludzkie sprawy, głębokie jak studnia

Ślepy rzeźbiarz wystrugał na twarzach.

Spod pancerzy, co chronią jak skóra

Patrzą cicho na stopnie ołtarza.


Czytam w biegu te wszystkie historie.

Chowam w kieszeń, zamiatam pod dywan

Przenajświętsze złudzenie zadziorne,

Że tu jestem, choć myślę, że bywam.


W wąskich klatkach śpiewamy jak ptaki,

W zimną poręcz wpijając paznokcie.

Nasze skrzydła nie mieszczą się w szafach

I leczymy odciski na łokciach.


Sąsiad z drugiej strony ulicy,

Co zagląda mi w duszę przez okno,

Każe chronić skrzydła przed deszczem,

Bo nie będzie z nich nic, jak zamokną.


Zakochałam się w mieście nareszcie.

Na odchodne, jak nic, tak od zera.

Zakochałam się, zapomniałam,

Że się właśnie za chwilę stąd zbieram.


A mówili, że kiedyś, że w końcu,

Że kamienie, że kwiaty, ulice.

I to wszystko w wieczornym słońcu.

I że się jeszcze się kiedyś zachwycę...



< Powrót